W czym mi podasz herbatę?

flemming-fuchs-338194

Pamiętasz babciną porcelanę? Zdobione talerze, jedne tak tandetne, jak to tylko było możliwe w PRL-u, inne przedwojenne, ręcznie malowane, kilka cepeliowych, a raczej cepeliowatych. Talerze głębokie i płytkie, sosjerka, waza, jakieś deserówki, takie tam. Póty dla gości, póki w zestawie. Potem dla domowników, do codziennego użytku, aż do zdarcia szlaczka. Następnie, jeśli nie wytłuczone co do jednego, to chowane na dnie kredensu, awaryjne. Jest magia w przygotowywaniu posiłku, dzieleniu się nim z najbliższymi. Hierarchia porcelany, od zawsze, u każdej babci ta sama. Talerz jest ramką dla pożywienia, ostatnim jego miejscem, zanim trafi do brzucha.

Inaczej rzecz ma się z naczyniami do picia herbaty. Tak, naczyniami. Założę się, że kojarzysz takie szklanki w wiklinowych koszyczkach, albo plastikowych, najczęściej czerwonych, może i w metalowych, które nagrzewały się od herbaty. Takie były na herbatę dla gości. W chudych latach częstowany mógł obejrzeć fusy i docenić hojność częstującego. Nie ważne, że to tylko podły Madras (swoją drogą lepszy od dzisiejszych Minutek czy innych Sag). “Swój” dostawał herbatę z kubka. Mówiło się: z garnuszka. Garnuszki bywały z gliny, ale i emaliowane, z aluminium. Małe dzieci dostawały te nietłukące, wiadomo. Preferencje w wyborze i przysposobieniu kubków objawiały charakter domowników, ale też miejsce w strukturze familijnej. Dziadek nigdy nie dostawał herbaty w obtłuczonym kubku, a mąż ciotki nie mógł pić z tego z misiami, bo by mu to ujęło męskości. Były też filiżanki, wyciągane od święta, z których nie wiadomo było, jak zaspokoić pragnienie – małe, z nieporęcznymi uszkami. Pachniały kredensem, trzymanymi w nim bakaliami i przyprawami.

Kubki straciły moc, moc garnuszków. Dzisiaj dostaniesz je z okazji 50-lecia założenia Koła Gospodyń Wiejskich, akcji dokarmiania sikorek albo w promocji pasztetu. Ordynarnie ozdobione logo zakładów bukmacherskich, pobliskiego dyskontu czy leku na zgagę potrafią rozmnażać się w kuchni w zastraszającym tempie. Owszem, każdy z nas ma swój ulubiony kubek, a cała reszta grzecznie stoi i czeka, aż ten ulubiony, nieumyty, trafi do zlewu czy zmywarki. Tyle, że herbata smakuje teraz inaczej, prawda?

Nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć, jakiego hopla mają Azjaci na punkcie parzenia herbaty. Ten rytuał jest elementem filozofii życia. Niespieszne ruchy mistrza ceremonii, od wieków, przez pokolenia te same. Docenianie tego momentu, tworzenie interwału w codziennej rzeczywistości, zmuszającej do działań. Najprościej: chodzi o magię tej chwili, której nie poczujesz wrzucając torebkę herbaty do styropianowego kubka na stacji paliw, dosypując cukru (pewnie trzcinowego, bo biały niemodny) i mieszając czymś, co nawet nie przypomina łyżeczki. Jednak, hej,  dobra wiadomość: nie trzeba być chińczykiem, żeby doświadczyć cudu herbaty.

Ja rozumiem, że gości trzeba ugościć, przyjąć, czym chata bogata i tak dalej. Ja rozumiem, że trzeba wspiąć się na wyżyny własnych (czasem wątpliwych) umiejętności kulinarnych i nakarmić gościa, czy domownika. Jednak dla mnie wciąż i niezmiennie wyznacznikiem gościnności albo postępującej zażyłości jest herbata. Najpierw, przychodząc w gości dostaję ją w filiżance, nalewaną z eleganckiego czajniczka z serwisu za milion złotych. Doceniam. Serwis jest piękny, chociaż nowy. Herbata zyskuje na smaku, jak kaszanka podana na miśnieńskiej porcelanie. Po zacieśnieniu znajomości, co czasem oznacza w Polsce wypicie innego rodzaju napoju, tym razem ze szkła o pojemności nie większej, niż 50 gram, dostaję herbatę w kubku. I rany, jak ja się cieszę, gdy przy każdej wizycie jest to ten sam kubek! Zwyczajny, domowy taki. Może być i odrapany od mieszania na spodzie łyżeczką. Człowiek w dom, put the kettle on. Brytyjczycy się na tym znają, zwłaszcza starsze pokolenie. Duch herbaty unosi się nad nami i zagina rzeczywistość zgodnie z naszym nastrojem. Herbata z domowego kubka na złamane serce, albo tylko paznokieć. Na wątpliwości przy wymianie kafelków w łazience. Na rozmówki sąsiedzkie, na wdowie wspominki. Na przeziębienie, na niestrawność (spożytego pokarmu lub rzeczywistości). Ciepło herbacianego kubka substytutem maminego cyca, przy którym wszyscy jesteśmy dziećmi, więc wszyscy mamy te same pragnienia.

Kintsugi. Sztuka naprawiania naczynia złotem albo innymi kruszcami. Dostać herbaty z naprawionego w ten sposób naczynia, które coś znaczy, jest cenne, ma historię to nobilitacja. Polacy nie mają kintsugi, za to chowają kubki nauczeni, że kryzys może nadejść w każdej chwili i nawet ten kubek po babci Helence może posłużyć za złoty Graal. Dasz mi herbaty nie wybierając starannie kubka?
Nie tylko bacz, czym się karmisz, ale też z czego spożywasz. Posiłki, herbatę, rzeczywistość. Rozróżniaj, kiedy jesteś gościem, a kiedy “swoim”. I bądź wdzięcznym, nie zapomnij podziękować. Herbata doprawiona “dziękuję” jest znacznie smaczniejsza. Dla częstującego i częstowanego.

Po prostu.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s